Rozdział 2. Strzałka na starym wiązie
Wieczorem Wojtek długo nie mógł zasnąć. Na stoliku obok łóżka leżało stare zdjęcie z 1967 roku. Chłopiec podobny do niego uśmiechał się tak, jakby znał jakiś sekret. A może naprawdę go znał? Następnego ranka Wojtek postanowił wrócić pod Wielki Wiąz. Miał przeczucie, że właśnie tam czeka odpowiedź.

Wojtek obudził się wcześniej niż zwykle.
To było podejrzane.
Bardzo podejrzane.
Podczas wakacji zazwyczaj trzeba go było budzić trzy razy.
A dziś?
O szóstej rano siedział już na łóżku.
Obok leżało stare zdjęcie.
To samo.
To z chłopcem, który wyglądał dokładnie jak mały dziadek.
Albo jak Wojtek.
W zależności od tego, jak długo się patrzyło.
- Już nie śpisz? - zdziwiła się mama.
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Mam śledztwo.
Mama uznała, że to całkiem rozsądny powód.
Godzinę później Wojtek stał pod wielkim wiązem.
Drzewo było ogromne.
Rosło tutaj dłużej niż większość ludzi mieszkała w okolicy.
Na zdjęciu z 1967 roku wyglądało prawie tak samo.
Prawie.
Wojtek wyjął fotografię.
Przyjrzał się pniowi.
Potem spojrzał na prawdziwe drzewo.
Potem znowu na zdjęcie.
I nagle coś zauważył.
- Mam cię!
Na fotografii strzałka znajdowała się nieco wyżej.
Musiał wspiąć się na wystający korzeń, żeby dokładnie obejrzeć korę.
I wtedy zobaczył.
Mały znak.
Prawie niewidoczny.
Kompas wpisany w gwiazdę.
Dokładnie taki sam jak na skrzynce.
- Dziadku!
- Co się stało?
- Chodź szybko!
Dziadek podszedł spokojnym krokiem.
Jak człowiek, który najwyraźniej nie miał zamiaru się spieszyć.
Nigdy.
- Widzisz?
- Widzę.
- Ty o tym wiedziałeś?
- Być może.
- Dziadku!
- No dobrze. Wiedziałem.
Pod symbolem znajdowała się strzałka.
Tym razem prawdziwa.
Wyryta w korze.
Wskazywała na stary kamienny mur za ogrodem.
Po kilku minutach Wojtek był już na miejscu.
Mur wyglądał zwyczajnie.
Za zwyczajnie.
Przeszukiwał każdy kamień.
Każdą szczelinę.
Nic.
Kompletnie nic.
- To bez sensu.
Usiadł na trawie.
I właśnie wtedy zauważył coś dziwnego.
Jeden z kamieni miał wyryty maleńki znak kompasu.
Tak mały, że można go było przeoczyć nawet z odległości pół metra.
Wojtek nacisnął kamień.
Nie ruszył się.
Pociągnął.
Nic.
Spróbował jeszcze raz.
I nagle...
Klik.
Kamień odchylił się od muru.
Jak małe drzwiczki.
- Nie wierzę...
W środku znajdowała się metalowa puszka.
Dokładnie taka sama jak ta ze zdjęć szpiegowskich, które oglądał z bratem.
Wojtek ostrożnie ją otworzył.
W środku był list.
I kolejny fragment mapy.
Ręce trochę mu drżały.
Rozwinął kartkę.
Widniał na niej tylko jeden napis:
"Dobrze sobie radzisz."
"Ale prawdziwa próba dopiero przed tobą."
"Druga wskazówka pojawi się wtedy, gdy niebo zacznie spadać."
"Przygotuj się na noc."
- Niebo zacznie spadać? - przeczytał na głos.
- To raczej niedobrze - stwierdził brat.
- Może chodzi o burzę?
- A może o meteory? - zapytała siostra.
- A może o coś zupełnie innego? - uśmiechnął się dziadek.
Tego wieczoru Wojtek długo patrzył przez okno.
Na biurku leżały już dwa fragmenty mapy.
Powoli zaczynały tworzyć całość.
Ale nadal nie było wiadomo, dokąd prowadzą.
Jedno było pewne.
Liga Odkrywców naprawdę istniała.
A ktoś pięćdziesiąt lat temu zostawił dla niego ślady.
I wyglądało na to, że następnej nocy wydarzy się coś niezwykłego...